Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwórzmy oczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwórzmy oczy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 stycznia 2019

Gdy człowiek umiera…


Ten tekst, moje osobiste rozważania, chciałabym zacząć i zakończyć jednym zdaniem: Gdy człowiek umiera, to jest ten moment, kiedy przestajemy sądzić my, a zaczyna Bóg. Po prostu, po chrześcijańsku, po ludzku. Wszelka krytyka jest w tym momencie bezsensowna, niepotrzebna a przede wszystkim niekonstruktywna. Bo co z tego, że teraz podliczymy jakieś błędy człowieka? Ilość jego domów, wielkość majątku, porażki zawodowe i krzywdy wobec innych? Co to zmieni? Ten człowiek i tak umarł. Już nie posiada tego majątku, umarł nagi i biedny, jak każdy z nas. Już nie naprawi krzywd, które popełnił, czasu nie cofniemy. On umarł, nie ma go. Więc co ma na celu nasza krytyka i debata na temat słuszności żałoby nad nim? Wydaje mi się, że ma to dać przede wszystkim upust naszym własnym emocjom. Naszym żalom i frustracjom. On odszedł, a zostały nasze emocje. Myślę jednak, że w tej prostej kwestii, kiedy pada pytanie czy płakać po tragicznie zmarłym prezydencie, każdy ma prawo odpowiedzieć sam i po swojemu. Kto chce niech płacze i się modli, kto nie chce, niech tego nie robi. Nie krytykujmy siebie nawzajem, nie szykanujmy, nie wyśmiewajmy. Każdy ma prawo do własnych uczuć. To jest nasza wolność myśli, lecz nasza wolność kończy się tam gdzie zaczyna się wolność innego człowieka. Dlatego nie kłóćmy się, nie walczmy. Czujmy to co chcemy czuć lecz nie zmuszajmy innych do czucia tego samego. Wierzę, że gdy ja umrę, ja – zwyczajny przeciętny człowiek – to będą mnie opłakiwać moi bliscy i znajomi i będą się za mną modlić. A ci których skrzywdziłam lub Ci którzy mnie zwyczajnie nie lubili, po prostu nie przyjdą na mój pogrzeb, nie opłaczą. Ale nikt nie stanie nad moją trumną i nie zacznie wyliczać moich błędów. Nikt na ziemi nie będzie mnie już sądził, bo zacznie się mój inny najważniejszy sąd. Zakopią mnie do piachu i zaczną żyć dalej, beze mnie, po swojemu.

Jeśli zaś ta krytyka wynika, nie z frustracji i nienawiści, a po prostu z niewiedzy i braku zrozumienia to ja chcę wyjaśnić. Wyjaśnić dlaczego niektórzy płaczą, choć na chłopski rozum, faktycznie nie powinni. Oczywiście pomijając prawdziwych bliskich, rodzinę, znajomych – płaczą też ludzie którzy prezydenta przecież nie znali. Tu, zaznaczę, będzie bardzo osobiste i prywatne odczucie…
A więc, gdy tragedia się już zdarzyła, gdy Owsiak chwilowo zrezygnował z urzędu, gdy sytuacja sięgnęła takiego apogeum wzruszenia, muszę się przyznać – mną też tąpnęło. Wmurowało mnie, było mi przykro i nawet uroniłam łzę. Sama się wtedy sobie zdziwiłam. Stoczyłam wewnętrzna dyskusję na temat tego uczucia. Bo właściwie to skąd ono się wzięło? Po co? Czemu? Czasem mniej się przeżywa śmierć, która jest nam paradoksalnie bliższa, albo większa. Śmierć kogoś z dalekiej rodziny czy znajomych czasem przechodzi bokiem, bez większego „biadolenia”. A tu, umiera człowiek z którym nie mam nic wspólnego i kręci mi się w oku łza? O co chodzi? I doszłam do wniosku, że składa się na to wiele czynników. Porozmawiajmy o najciekawszych i niezaprzeczalnych. Po pierwsze: kontrast. Może to paradoks, może nawet hipokryzja, ale tak skonstruowany jest człowiek... Spójrz, gdy człowiek umiera na raka, trwamy w tej tragedii i cierpieniu miesiącami, gdy ten człowiek leży w stanie agonalnym i widzimy jak bardzo cierpi przez kilka tygodni, to mimo że to nasz bliski często zaczynamy już nawet modlić się o śmierć. I gdy ta śmierć przychodzi, to przyjmujemy ją jakoś spokojniej a nawet z uczuciem ulgi. Gdy człowiek umiera znienacka, pośród codziennego gwaru to jest to tragedia, jesteśmy przestraszeni, zaskoczeni, wyrwani z codzienności. Nie przygotowani na ten ogrom cierpienia. I w tym momencie, nie wiem, boli jakoś bardziej? A teraz czas na największy kontrast. Kiedy w tym biegu życia codziennego, zatrzymujemy się na chwilę, na jeden dzień tworzymy radosną wspólnotę. Przyklejamy sobie czerwone serduszka. Cieszymy się, świętujemy. Puszczamy fajerwerki, wiwatujemy, krzyczymy jak bardzo kochamy siebie, świat i życie… i wtedy raptem, w centrum tej miłości i radości pojawia się iskra nienawiści i tragedii. Pojawia się śmierć. Nie tyle niezapowiedziana, co kompletnie nieproszona. To jest ten kontrast. Taki, który załamuje ręce. Więc taka śmierć jakoś bardziej przeraża. A po drugie, ja osobiście, od lat wspierałam WOŚP. 6 lat temu sama kwestowałam. Byłam wolontariuszką, stałam z taką puszką jak ci ludzie, którzy stali na scenie obok prezydenta. Tego dnia, kiedy wydarzyła się  ta tragedia, bawiłam się pod taką samą sceną, tylko jakieś 500 kilometrów dalej. To takie przykre zderzenie z rzeczywistością. Czujesz, że trochę brałeś udział w tej tragedii, że jakoś jesteś z nią związany. I płaczesz, chyba najbardziej z bezradności. Bo zaczynasz mieć wrażenie, że nie ma takiej siły która zaczarowałaby ten świat, choćby na jeden dzień. No tak, przecież nie żyjemy w utopii. A potem, gdy sobie to uświadamiasz, uspokajasz się i godzisz z tą myślą, to tak czy siak, emocjonalnie się z tą tragedią już związałeś. I zaczyna ci być żal rodziny zmarłego. I kątem oka śledzisz wydarzenia. Współczujesz. Czujesz smutek i żal. Tak po prostu.
Rozumiem, że nie każdy tak jak ja emocjonalnie związał się z tym wydarzeniem. Jak już powiedziałam w pewnym momencie sama się sobie dziwiłam. Ale wiążemy się z różnymi tragediami. Różne rzeczy potrafią nas zaboleć. Czasem wbrew naszym oczekiwaniom. Bo jesteśmy tylko ludźmi. Kruchymi istotami które często cierpią i płaczą.
A więc czy aby na pewno jestem głupia, że się tym przejęłam? A może jestem tylko ludzka? Tak samo ludzka, jak osoba, która się tym tak bardzo nie przejęła… Bo, raz jeszcze powtórzę, każdy ma prawo przeżywać to co chce i jak chce. I nie możemy tego prawa sobie odbierać.
Chcesz więc płakać? Płacz. Nie jesteś głupi. Nie wstydź się łez. Cierpienie umacnia, cierpienie buduje. „Cierpienie jest ogniem, w którym hartuje się nasza dusza” (Józef Bułatowicz). Nie chcesz płakać? Nie płacz. Nie oglądaj w telewizji transmisji pogrzebu (mało która stacja ją nadaje – sprawdziłam).  Nie wspominaj, nie odpalaj znicza. To nie był twój bliski - masz do tego prawo. Nie krytykujmy siebie nawzajem, bo każdy ma prawo do własnych uczuć.

Lecz na sam koniec przypomnę: nasza wolność kończy się tam gdzie zaczyna się wolność innych. Frustracja często sprawia, że o tym zapominamy. Nie poddawajmy się jej bezmyślnie. I nie sądźmy. Bo sąd nie należy do nas. Bo nie ma już sensu. Bo nic nie zmieni. To proste: chcesz coś czuć? Czuj. Chcesz coś zmienić? Zmień. Jeśli ta tragedia otworzyła ci oczy na coś ważnego, zmotywowała do jakiejś zmiany, walki – walcz. Zmieniaj. Działaj. Nie gadaj, nie krytykuj, nie debatuj - tylko działaj, tak jak uważasz za rozsądne. Bo kochani, gdy człowiek umiera, to jest ten moment, kiedy przestajemy sądzić my, a zaczyna Bóg.

niedziela, 5 października 2014

Dziwny świat


tytuł: "Miasto 44"
gatunek: Dramat wojenny
produkcja: Polska
reżyseria i scenariusz: Jan Komasa


O filmie:
Miasto 44 to współczesne, nowoczesne, udoskonalone technicznie spojrzenie na odległe o raptem 70 lat powstanie warszawskie. Spojrzenie oczami dwojga kochanków. Czy miłość przetrwa? Czy przetrwa życie?

Moim zdaniem:

Po pierwsze klimat filmu idealnie oddaje cala płyta Lao Che, którą proponuję teraz włączyć oraz w ciszy i skupieniu przesłuchać. LINK

Komasa fantastycznie wykorzystał udogodnienia obecnych czasów by przybliżyć nam ogrom owej tragedii. Perfekcyjnie połączył muzykę i efekty. Jest to zdecydowanie perełka wśród kinowych pozycji. Jeśli zaś chodzi o fabułę, to o filmie krążą plotki iż jest on bardzo teledyskowy i pusty. Można spotkać się z opiniami, że produkcja jest bardzo przerysowana i zupełnie nic nie wnosi, żadnego przesłania. Czyżby? Przecież efekty spisują się na medal przyciągając widownie. Poza tym odkąd obejrzałam ten film myślę tylko o tym jak duże było cierpienie powstańców. Ale nie jest to ta przelotna myśl typu "współczuję im", "pomodlę się za nich", "odeszli w dobrej sprawie", "dobrze, że nie mnie to dotknęło". Oglądając ten film uświadomiłam sobie, że życie nie jest czarno białe. Nigdy nie jest całkiem dobrze, ani całkiem źle i nie ma ludzi, czy narodów złych i dobrych. Na razie jesteśmy wolni. Ale tak niedaleko nas rozlewa się krew... Człowiek jest zaś zbyt złożony, by skupić się na jednej ścieżce. Tak jak w życiu, tak i w filmie przeplatają się miłość z nienawiścią, przerażenie z wolą walki, desperacja z odwagą. Czy człowiek ma w sobie tyle siły by się nie poddawać, mimo że jest świadkiem śmierci (nawet swoich ukochanych)? Czy do widoku krwi można się przyzwyczaić? I właściwie czy warto jest walczyć o swoje życie mimo iż wszystko co kochaliśmy już nie istnieje? Ten film na pewno pokaże każdemu jak wiele warte jest ludzkie życie i jak delikatne ono jest. Jak łatwo je stracić, bądź komuś odebrać i jednocześnie ile to samo życie może znaczyć dla kogoś innego.

Ach. Świat jest dziwny. Ale dziwniejsze jest to jak bardzo może "człowiekiem gardzić człowiek".



PS: Dwie sceny które mną najbardziej wstrząsnęły to po pierwsze moment gdy mały braciszek błaga swego starszego brata by ten go nie opuszczał, po drugie wypowiedź chłopca który umierał w dniu swoich 19 urodzin! Dlatego po obejrzeniu tego filmu tak bardzo przypomniała mi się myśl pewnego poety... "a kiedy trzeba na śmierć idą po kolei". Pamiętacie?

poniedziałek, 1 września 2014

LET'S GO!

Wakacje uważam za zamknięte, rok szkolny za otwarty. Czas przygotować podręczniki, zeszyty i umysł. Żegnamy cieplutkie i radosne lato, witamy ponurą i nudną codzienność. Pamiętajcie jednak że to od nas zależy jak odbieramy świat. Więc trzeba być rozsądnym optymistą i we wszystkim dostrzegać pozytywy. Dla wielu plusem nowego semestru jest spotkanie ze znajomymi, dla innych organizacja dnia (niektórzy to w wakacje się nudzą). Tak czy inaczej szkoła nie musi być samym złem... A więc sami zdecydujcie czy ta szkolna codzienność jest faktycznie gorsza, czy może tylko inna.


czwartek, 21 sierpnia 2014

Pasją przez życie

"PODRÓŻ NA STO STÓP"

tytuł: Podróż na sto stóp
gatunek: dramat, melodramat
produkcja: Indie, USA, Zjednoczone Emiraty Arabskie
reżyseria: Lasse Hallström
scenariusz: Steven Knight

O filmie:
Pewna hinduska rodzina pod wpływem dramatycznych zdarzeń opuszcza swój dom i wyrusza w podróż po Europie. Chcą zacząć nowe życie, znaleźć inspiracje oraz miejsce, gdzie mogliby założyć restaurację i rozpowszechnić ojczystą kuchnię. W wyniku zrządzenia losu, wierząc w pomoce z zaświatów, ociec - głowa rodziny, kupuje posiadłość we Francji - europejskiej stolicy wyjątkowej kuchni. Wraz ze swoim przybyciem rodzina robi niezłe zamieszanie. Tuż za ulicą, w odległości stu stóp znajduje się droga restauracja walcząca o drugą gwiazdkę Michelin. Konkurencja nie cieszy oczu jej właścicielki. Czy rodzinie uda się wprowadzić nowy jadłospis w zatwardziałe serca Francuzów? A może Francuzi i Hindusi przekroczą próg stu stóp i połącza swe siły? I jak w tym wszystkim odnajdzie się główny bohater - urodzony kucharz eksplodujący niespotykanym talentem - Hassan?

Według mnie:
To wspaniała opowieść. Poprzez temat jedzenia autorzy poruszają tak wiele ponadczasowych tematów. Wśród intensywnych kolorów widzimy piękną przemianę nienawiści w przyjaźń, wrogości w zainteresowanie. Wśród wyobrażonych zapachów dostrzegamy miłość młodych ludzi (skomplikowaną, intrygującą i pełną namiętności) oraz miłość osób w podeszłym wieku (nieśmiałą, niepewną, delikatną). Wśród smaków odczuwalnych zmysłem wzroku oglądamy dorastanie dzieci, ich usamodzielnianie się i odejście z domu rodzinnego, pożegnania i rozstania.

To film o pasji, która przeplata się przez każdy etap naszego życia, w ten sposób nadając mu barw i... smaku.

Oglądając ten film każdy pragnie pogłębić swoje umiejętności, rozwinąć pasje i stworzyć własną piękną, kolorową i niepowtarzalną ścieżkę życia.

Nie bez kozery niektórzy nazwali tą produkcję kinem konesera - trzeba dużej pokory by dostrzec piękno w przewrotności życia, albo można po prostu obejrzeć ten film.

Życie jest jak szlaczek dla przedszkolaka, malowany kredką - trudne i skomplikowane, pełne zakrętów i "wyjść za linię", ale to od nas zależy jaki będzie miało kolor!

Całuję i życzę miłej końcówki wakacji (spędzonej, np. w kinie ;). )



niedziela, 8 czerwca 2014

Między dobrem a złem




tytuł: "Czarownica"
gatunek: Familijny, Fantasy
produkcja: USA
reżyseria: Robert Stromberg
scenariusz: Linda Woolverton

O filmie:
Jest to adaptacja słynnej baśni o śpiącej królewnie. Ta historia skupia się jednak na postaci Czarownicy - Diaboliny. Młoda jeszcze dziewczynka o czystym, radosnym, kochającym sercu przeżywa ogromny zawód miłosny i rozczarowanie. Ukochany wykorzystuje jej niewinne uczucie i kradnie jej największy skarb, rani ją dogłębnie owładnięty ludzką zachłannością i żądzą władzy. Rozpacz Diaboliny przeradza się w nienawiść. Nigdy do tej pory nie poznała takiego okrucieństwa. Rzuca klątwę na córkę nowego króla: w dniu szesnastych urodzin młodą Aurora ukuje się w palec igłą wrzeciona i zaśnie snem wiecznym. Zbudzić będzie mogła ją tylko prawdziwa, szczera miłość...

Według mnie:
Film na samym początku zaskakuje nas ogromnie jasną, pastelową kolorystyką. Jest wręcz mdło. Piękne różowe wróżki, elfy i inne bajeczne stworki. W momencie zawodu Diaboliny ich miejsce zastępują potwory rodem z "Hobbita". Chodzące drzewa i korzenne smoki. Robi się czarno i ponuro. Myślę, że jest to po prostu kontrast między dobrem, a złem, radością a rozpaczą. Autorzy tych zdjęć pokazują nam jak bardzo od humoru zależy nasza własna, osobista wizja świata. Jest on dokładnie takim jakim go widzimy. Gdy jesteśmy źli eliminujemy kolory. Wszystko jest szare, brzydkie i ponure. Gdy odnajdujemy szczęście świat zaczyna lśnić. Tak właśnie wraz z humorem Diaboliny zmienia się jej magiczna kraina.

Co jednak jest głównym przesłaniem filmu?
To nie młody książę ratuje Aurorę, ani jej opętany ojciec, ani jej wróżki opiekunki. Zdradzę w tej chwili część zakończenia, ale to sedno sprawy. To Diabolina. 

Film wreszcie pokazuje nam inne spojrzenie na miłość. Przez te wszystkie piękne baśnie braci Grimm i Disney'a w świadomości ludzkiej ukształtowało się skojarzenie miłości z uczuciem damsko-męskim. Gdy człowiek (szczególnie z coraz młodszych pokoleń) słyszy słowo "miłość" pierwsza nachodząca go myśl dotyczy relacji seksualnej, uczucia między parą. W odstawkę odchodzi miłość Chrystusowa, czyli miłość do bliźniego. Uczuciem tym możemy przecież darzyć każdego, bez względu na płeć, czy rolę w naszym życiu. Jakie by to było banalne, gdyby okazało się że nieznajomy książę szczerze kocha Aurorę, która widział raptem raz w życiu! Zastanówmy się co jest prawdziwsze, silniejsze i szczersze? Miłość zrodzona z nienawiści czy z popędu i pożądania? Miłość od pierwszego wejrzenia? Chyba nie muszę odpowiadać... Oczywiście,że uczucie zrodzone z plątaniny najsilniejszych i najtrwalszych emocji ludzkich wygrywa. Nienawiść i miłość potrafią być mocno zakorzenione w ludzkim sercu i rozumie. Popęd jest chwilowy i nie świadczy jeszcze o miłości, ale raczej o zauroczeniu... potem może się utrwalić, nie mówię, że nie. Jednak z początku nie ma siły i na pewno nie jest trwały.

Fantastyczna historia pokazująca, że każdy ma wady i właściwie nikt nie jest tylko zły, ani tylko dobry. Miłość może zmienić się w zawiść, z której może narodzić się nowa miłość. Strach może przerodzić się pasję i paranoje, a młodość choć niewinna, jest też naiwna.

Zapraszam na "Czarownicę" - choć to film dla rodzin z dziećmi nie braknie w nim jak widać ponadczasowych przesłań. Czasem warto wybrać się na bajkę i spojrzeć na nią oczami bardziej doświadczonego dorosłego, można wtedy dostrzec naprawdę wiele... Ale czy to zwykła bajka? 

Odpowiedź na to pytanie pozostawię Wam. Bo przecież zdradziłam tylko kawałek historii... I nie obiecuję, że jest on prawdziwy ;).


czwartek, 10 kwietnia 2014

Co będzie "Potem"?

tytuł: "Potem"
autor: Guilliame Musso


O książce:
Nathan Del Amico jest słynnym nowojorskim adwokatem, który na ścieżce zawodowej odnosi znaczne sukcesy. Inaczej jest jednak w sferze prywatnej. Bohater jest po rozwodzie. Tęskni za swoją córeczką i nieraz wspomina miłość swojego życia, na której odzyskanie zdaje się nie ma szans. Pewnego dnia jego życie zostaje wywrócone do góry nogami, gdy odwiedza go nietypowy gość. W kancelarii pojawia się Garett Goodrich i powiadamia Nathana, że jest "Posłańcem", czyli wyczuwa zbliżającą się śmierć wokół niektórych osób. Jego zadaniem jest przygotować ich do godnego odejścia. Oczywiście Nathan nie chce uwierzyć w magiczne zdolności lekarza Goodricha, nie wierzy że mógłby zginąć. Jednak w wyniku pewnych zdarzeń zaczyna rozumieć jak ulotne jest ludzkie życie i postanawia naprawić błędy przeszłości, ostatni raz zawalczyć o to co kocha. Nie jest ot jednak proste.

Moim zdaniem:
Książkę tą przeczytałam już jakiś czas temu. Gdybym napisała o niej wcześniej pewnie stwierdziłabym, że jest to piękne historia a prawdziwej niegasnącej miłości na całe życie. O przeznaczeniu i ulotności życia. O tym jak krótkie jest ono i o tym, że nikt nie zna dnia i godziny... Banały i farmazony. Co innego jednak zapadło mi w pamięci. Kilka miesięcy po przeczytaniu wciąż pamiętam pewien wątek poboczny, właściwie wspomnienie głównego bohatera.
Nathan był dzieckiem bardzo biednej, samotnej kobiety. Jego matka pracowała jako pokojówka u bardzo bogatej rodziny, w której to z kolei wychowywała się dziewczynka. Mała miała wszystko co chciała. Lekcje pianina, prywatne szkoły, zabawki, cudne stroje, bankiety... pieniądze, pieniądze, pieniądze. Nathan nie miał nic.Wspomnienia dzieciństwa są bolesne. Jego życie było wieczną pracą. Zawsze pod górkę. Bieda, bieda, bieda. A jednak mimo kontrastu uczucie połączyło tych dwojga. Nathan jako prawdziwy mężczyzna za punkt honoru postawił dobie dorównanie ukochanej. Chciał zapewnić jej jak najlepszy poziom życia, sprostać jej wymaganiom. To on miał ją utrzymywać. Udało mu się. Został najlepszym i najsłynniejszym adwokatem w Nowym Jorku. Osiągnął to jednak tylko dzięki pilnej nauce i ciężkiej pracy. Cudem dostał się na studia i każdą wolną chwilę spędzał jeśli nie na zarabianiu to na kształceniu się. Ukochana  zaś zignorowała wartości materialne i wiodła życie z poświęceniem charytatywnym. Wyszli sobie na przeciw i choć nie było to łatwe spotkali się.

Wniosek jest z tego taki: Każdy ma władzę nad swoim życiem. To my pracujemy na to ja cy się staniemy. Istnieją predyspozycje, błędy rodziców, środowiska, perspektywy... ale każdy sam decyduje którą drogę wybierze. Nawet najbiedniejszy może wspiąć się na wyżyny jeśli będzie tylko tego chciał. Ale to wymaga ogromnego poświęcenia i walki. Może to nie jest łatwe, ale pamiętajcie, że wszystko zaczyna się już na poziomie woli. Wszystko zaczyna się od chęci i ambicji.

Nie od Nas zależy jakimi się rodzimy, ale od Nas zależy jakimi umieramy.


niedziela, 16 marca 2014

"...a kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei..."

"Lecz zaklinam - niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucone na szaniec!"

tytuł: "Kamienie na szaniec"
gatunek: Dramat Wojenny
produkcja:  Polska
reżyseria: Robert Gliński
scenariusz: Dominik W. Rettinger, Wojciech Pałys
Film na podstawie książki: "Kamienie na szaniec"

Na początku filmu jesteśmy zaskoczeni mocną rockową muzyką towarzyszącą scenom, które przedstawiają akcje Małego Sabotażu, a mianowicie zagazowywanie kin, wybijanie szyb, zrywanie niemieckich i wieszanie polskich flag, bicie i uciekanie od niemieckich patroli. Potem, dość szybko, przechodzimy do porwania Rudego oraz do planu i realizacji akcji pod Arsenałem. Historia kończy się tak jak w książce: śmiercią ostatniego z bohaterskiej trójki - Zośki. Film moim zdaniem przedstawia po prostu honorowe umieranie za ojczyznę, ale czy tylko?

WEDŁUG MNIE:
Wielu historyków oraz szczególnie "Radio Maryja" uznały tą produkcję za haniebną, bezczelną i kompletnie nieautentyczną. Czyżby? Zauważmy, że chłopcy z pokolenia kolumbów w czasie wojny sami chętnie sięgali po broń! Oni chcieli walczyć! Oczywiście chęć ta wynikała z pięknych wartości, ale nie są one istotne w tym przypadku. Bałam się, sugerując okropnym plakatem (na którym widzimy trzy ulizane panienki z rozwianymi kurteczkami i dopisek o uwodzicielskiej, a więc kompletnie nie walecznej, muzyce Podsiadło), bałam się że będzie to słodka bajeczka o trzech wartościach które umocniły się w naszej historii: "bóg, honor, ojczyzna". Jasne, to piękna ideologia, ale przecież byli ludzie którzy znali te wartości, a podporządkowali się, nie wychylali z tłumu, a czasem nawet zdradzali swój naród. Ci, o których mowa w filmie i książce, skoro z własnej woli chwycili za broń musieli mieć silny charakter. To nie mogły być grzeczniutkie chłopaczki TYLKO do różańca. Oprócz pięknych wartości musieli mieć we krwi bojowość i, myślicie co chcecie, ale też trochę brutalności. Dlatego podoba mi się pierwsza scena z tą rockową melodią. Podoba mi się że chłopcy przeklinają całą tą wojnę i nieraz tracą szacunek nawet do przywódców wojska polskiego podziemia. Uprawiają "niechlubne wyczyny" z dziewczynami pod nieobecność rodziców i zamieszkują razem z nimi, gdy muszą się ukryć. Oni się "naparzali" i mordowali, poświęcali życie swoje, ale też przyjaciół i rodzin. Byli nieustraszeni. Gratuluję więc twórcom filmu bo dali mi dokładnie to czego oczekiwałam. Dość brutalną prawdę o chłopcach Szarych Szeregów (która, podkreślam, nie wyklucza pięknych wartości, te również są wyszczególnione).



Co więcej? Bardziej technicznie.
Bałam się bardzo, że ten film sprawi iż uczniowie (i tak już niechętni do lektur) nie przeczytają książki. Pójdą na film i to im wystarczy. Jako miłośniczkę i pasjonatkę literatury ta myśl boli mnie potwornie. Aczkolwiek tu znajduję kolejny plus tej produkcji! Film skupia się na Akcji pod Arsenałem, która przecież stanowi jedynie jeden rozdział książki. Reszta jest króciutko streszczona w jakiś piętnastu minutach filmu. Zaś 1939 rok, niewinni i nieświadomi harcerze oraz początek wojny są kompletnie pominięte. Na początku mnie to zdziwiło i trochę zasmuciło, ale przecież to wyklucza sytuację, o której mówiłam na początku tego akapitu. Uczniowie nie mogą zdać się jedynie na film ponieważ nie zastępuje on książki. Ponad to reżyser skupia się na innych postaciach. Kompletnie pomija Alka, który w książce przecież przodował, za to wyróżnia Rudego i Zośkę. To wszystko oraz kwestia z pierwszego akapitu sprawiają że film przedstawia tą samą historią co w książce, ale w zupełnie inny sposób. Jest to całkowicie inne spojrzenie. Dlatego myślę, że nauczyciele mogliby pokazać swoim uczniom, podczas omawiania książki, ten film i przedyskutować te dwie wizje, ich różnice oraz wartości.

REASUMUJĄC: Wbrew pozorom i moim pierwszym obiekcjom ten film jest miło zaskakującą niespodzianką. Oceniam go na szóstkę z plusem bo pokazał dokładnie to czego chciałam, a czego się nie spodziewałam. A by potwierdzić i przekonać Was do mojego zdania na temat charakteru młodych żołnierzy AK poniżej zamieszczam Wam dwie piosenki z płyty "Powstanie Warszawskie" autorstwa Lao Che. Moim zdaniem to ukazuje prawdziwy charakter wojny. Brutalnej wojny, której przyświecała myśl "z Bogiem, z honorem i dla ojczyzny".


Na tym polega niezwykłość pokolenia kolumbów. Walczyli, ale w wyniku zdrowych, pięknych powódek. Łączyli odwagę z honorem, męstwo z braterstwem, siłę z wiarą...

czwartek, 16 stycznia 2014

Proste, ale piękne

Nawiązując do wczorajszej notki ("Śpiewać każdy może...".Ale czy na pewno?) zamierzam przedstawić Wam kolejny argument za starym, ale... jarym, bo poniższą piosenkę na pewno doskonale znacie.

Przez całkiem prosty i w zasadzie nic nie wnoszący tekst ta piosenka, jak i wiele innych jej podobnych w swoich czasach nie była doceniana. Trudno się dziwić skoro był to jeszcze okres polskich pereł muzycznych niosących ponadczasowe przesłania.
Coś jednak w tej piosence mnie uwodzi. Dziś ukochaną kobietę porównuje się do... filiżanki?! A zaledwie 12 lat temu mężczyzna potrafił opisać kobiety tak cudownie - mam na myśli refren utworu, który jest pewnie najwspanialszym opisem płci pięknej, jaki słyszałam...


"Piękne, jak okręt 
pod pełnymi żaglami.

Jak konie w galopie.

Jak niebo nad nami"
Czyli:
Silne.
Majestatyczne.
Tajemnicze i uwodzicielskie...

...a więc po prostu PIĘKNE. I wszystkie kobiety takie są (i Baśka, i Ala, i Zośka, Kaśka, Magda, Jola, Agnieszka....). WSZYSTKIE, pamiętajcie o tym dziewczyny!

środa, 15 stycznia 2014

"Śpiewać każdy może... ". Ale czy na pewno?

Oto najnowsze hity polskiego rynku muzycznego.


Aż wstyd mi upubliczniać te utwory i to pod takim hasłem. To przykre co się dzieje z dzisiejszą muzyką. Niestety wokalna tandeta opanowała już cały świat. Najsmutniejsze jest jednak to, że nowe młode pokolenie nie pamięta i nawet nie chce pamiętać wartościowych melodii i tekstów sprzed lat. Współcześni ludzie żyją w prostym kiczowatym świecie zdominowanym przez pop. Usprawiedliwiają nawet te dwie powyższe piosenki mówiąc, że artyści faktycznie chcieli coś przekazać, że może im nie wyszło to idealnie (bo nie są poetami), ale starali się zrobić coś nietypowego i oryginalnego, a my powinniśmy to docenić itd itp...
A ja, nawiązując do "Filiżanki", mam pytanie: Czy to, że dany tekst ma sens naprawdę oznacza, że jest wartościowy? Taki przykład z tegoż teledysku: Pan W. używa filiżanki z ciepłą pyszną kawą jako metafory ukochanej... kobiety, ale to chyba niekoniecznie dobre połączenie, skoro dochodzi do takiej sytuacji, że Pan W. śpiewa "Wie dokładnie gdzie jej miejsce, gdy odstawiam ją na SPODEK", a w tym czasie w teledysku mężczyzna kładzie kobietę na łóżko... Brzmi i wygląda to po prostu śmiesznie. Nie mówiąc już o pierwszym zdaniu piosenki. Kilkadziesiąt lat temu polska muzyka była piękna przez swój tekst i melodie. Artyści nie musieli (jak Pani U.) używać "slangu polskiej młodzieży”  w siedemdziesięciu procentach składającego się z obcojęzycznych słów, poskładanych czasem bez sensu w nielogiczne, niegramatyczne zdania, na dodatek wyśpiewywanego tak niewyraźnie, że bez pomocy jednocześnie czytanego tekstu, niczego bym nie zrozumiała (a należę do grona młodzieży). Nie trzeba było używać też metafor na tak niskim poziomie... Dzisiejsza muzyka schodzi na psy, nie tylko polska... Największymi hitami stają się piosenki zrobione dla żartów jak "Gangname Style", "What does the fox say", czy "My Słowianie".To przykre, bo naprawdę inaczej wygląda wartościowy tekst. Polecam cofnąć się w czasie do epoki, gdy ludzie mieli o czym mówić, a melodie były niepowtarzalne. Kiedy muzyka coś przekazywała w sposób prosty, zrozumiały, ale dobitny.

Od tej pory zamierzam jak najczęściej dodawać perełki starej dobrej polskiej muzyki, która tworzona była za pomocą dwóch talentów. Teksty tworzyli poeci (często sprzedając je bardzo selekcjonowanym artystom), a melodią i odśpiewaniem zajmowali się muzycy, których wyćwiczony głos był jak miód na serce.

Żyjemy w  pustych czasach. To okrutne. Dbajmy o to co jeszcze całkiem nie przeminęło. Oczywiście nie musimy przy tym całkiem zamykać się na to co tu i teraz. Dawno, dawno temu Arystoteles rzekł, że najważniejszy jest złoty środek. Znajdźmy go w naszym życiu. Idźmy naprzód wraz z postępem, imprezujmy przy prostej, głupiej muzyce, używajmy nowej technologii, bądźmy otwarci na nowe możliwości, ale w chwili ciszy i skupienia... otwórzmy papierową książkę, zaciągnijmy się jej zapachem, zamiast red bulla wypijmy łyk gorzkiej kawy, czy herbaty, włączmy stare dzieła muzyczne z... kupionej płyty na starej wieży. Bądźmy zdolni do refleksji. Bo wcale nie musimy przejść do historii jako puści karierowicze.

Na początek klasyka!

czwartek, 21 listopada 2013

Dom Dziecka?


Dom Dziecka

Trzydzieści par pantofelków filcowych

z wyszytym na środku kwiatem tulipana.
Trzydzieści fartuszków poplamionych sokiem
z czarnej porzeczki. Trzydzieści nieruchomych kotów
wyhaftowanych ściegiem płaskim.
Trzydzieści par wyciągniętych rączek
ale tylko po łyżki do zupy mlecznej.
Trzydzieści par oczu otwieranych we śnie
aby dojrzeć rodziców na wzgórzach cukierków.

Gdyby moja mamusia chciała
mogłaby być królową.
Ale musiała umrzeć
bo tatuś zamienił się w wilka.

Moja mamusia była chuda
i dlatego nie mogła mnie kochać.
Ale jak tylko będzie chuda mniej
to mnie kupi na zawsze.



Moja mamusia jest piękna. Mój tatuś jest piękny.
Moja mamusia jest bogata. Mogłaby kupić
Amerykę Północną i złoto. A tatuś
potrafi strzelać z prawdziwego karabinu.

Trzydzieści par nóżek
stoi przed nieczynną zwrotnicą
i oczekuje na wjazd
domu.
Ewa Lipska

poniedziałek, 14 października 2013

"Posłuszna"

"3096 dni"
gatunek: Dramat
reżyseria: Sherry Hormann
scenariusz: Peter Reichard, Bernd Eichinger, Ruth Toma


O filmie
Prawdziwa historia Nataschy Kampusch, powstała na podstawie jej autobiografii. Dziesięcioletnia dziewczynka zostaje porwana przez mężczyznę starszego od niej o 25 lat i zamknięta w jego piwnicy o pięciu metrach kwadratowych. O dziwo porywacz nie chce okupu, chce po prostu posiadać dziewczynkę. Jej więzienie przygotowywane było od dawien dawna. Jest sterylne, ma łóżko i toaletkę, ale jednocześnie wiodąca tam droga jest w kilku miejscach zabezpieczona blachami, szafkami, deskami... Miejsce niemożliwe do odkrycia i tak starannie przygotowane jakby jego mieszkaniec miał tam pozostać na baardzo długo. I tak właśnie jest. Natascha pozostaje tam tytułowe 3096 dni, czyli ponad 8 lat!! W tym czasie jest zastraszana, bita i gwałcona przez Wolfganga. Jednak dziewczyna wychodziła na zewnątrz. Mieszkała ze swoim porywaczem w jego domu "na górze". Jadała z nim w jego kuchni, myła się w jego łazience, spała z nim w jednym łóżku a nawet wychodziła na podwórko. Miała styczność z innymi ludźmi! Okazja by uciec nadarzała się wiele razy, ale w głowie pobrzmiewały jej tylko słowa "masz być POSŁUSZNA"...

Niesamowicie wzruszająca i przerażająca historia silnej Nataschy Kampusch, która powinna być przestrogą dla każdego.

Informacje:
Natascha Kampusch (ur. 17 lutego 1988 w Wiedniu) – Austriaczka uprowadzona w dniu 2 marca 1998 roku przez Wolfganga Priklopila, który w latach 1998-2006 przetrzymywał ją i gwałcił w swojej willi na przedmieściach Wiednia. Uciekła dopiero 23 sierpnia 2006 roku. Podczas wywiadu z Ewą Drzyzgą w rozmowach w toku mówiła o przebaczeniu, które odnalazła w sobie dla swojego oprawcy. Nikt nie spodziewał się że nastolatka okaże się tak niesamowicie inteligentną i kochającą osobą, pozbawioną nienawiści i chęci zemsty. Natascha mówi nawet o współczuciu i zrozumieniu dla Wolfganga, mimo tych wszystkich okrucieństw, których od niego doświadczyła. Gdy mogła go zabić (udusić w czasie snu, zadźgać wielkim ostrym nożem w czasie posiłków lub wylać na twarz gorący olej) nie robiła tego bo wiedziała, ze piętno mordercy jeszcze bardziej zniszczy jej życie.
Drzyzga o Nataschy - (nagranie)
Trochę o Nataschy - (tekst)


To przebaczenie dało jej siłę.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Tunezja pustynią wyrzeczeń

Tak więc Tunezja to idealne miejsce na wakacje. Osobiście byłam na wyspie Djerbie i nie doświadczyłam żadnych zamieszek. Było całkiem spokojnie, choć muszę przyznać, że w tym roku wyjątkowo nie pojechałam daleko w kraj, np. na pustynię, a tam człowiek z pewnością jest już bardziej narażony na tego rodzaju nieprzyjemności.

Obecnie trwa tam ramadan - 30 dniowy post. Polega on na tym, że wyznawcy islamu od świtu do zachodu nie mogą nic jeść i pić, ani uprawiać seksu czy kłamać Allachowi. Jest to okres szczególnej i częstej modlitwy. Obowiązuje on wszystkich muzułmanów powyżej 10 roku życia. Wyjątkami są osoby starsze, chore, podróżujące (dłużej niż 3 dni), a także brzemienne bądź karmiące kobiety. Muszą oni jednak nadrobić te zaległości w innym czasie, ewentualnie karmiąc biedne osoby przez każdy dzień postu. W czasie postu je się zazwyczaj dwa posiłki, jeden jakieś 15 minut po zachodzie słońca, a drugi w środku nocy, przed świtem, nie pamiętam dokładnie ale przypada to chyba na 2 godzinę. Ten drugi posiłek jest wielkim śniadaniem i jest bardziej syty niż pierwszy gdyż musi dać siłę na cały długi dzień. Ramadan kończy się uroczystością, na której spotykają się znajomi, sąsiedzi, rodziny. Wręczają sobie prezenty i radują się, że post już się skończył, a sami wytrwali. Tunezja jest więc miejscem ogromnych wyrzeczeń i poświęcenia dla sprawy w którą się wierzy.Nic więc dziwnego, że Islam opanowuje świat. Bierzmy z nich przykład! Sierpień - miesiącem abstynencji. Większości nawet tego jest trudno dotrzymać. Poświęćmy się więc ważnym sprawom i brnijmy do celu, zgodnie z naszymi przekonaniami, wierzeniami, zasadami. Nie chodzi o bezsensowne wyrzeczenia, ale o poświęcenie dla tego co wypełnia nasze umysły i serca. Dla tego co nakreśla nasze ścieżki życia. Życzę powodzenia w tym jakże trudnym zadaniu, który dotyczy każdego człowieka (nie mówię przecież tylko o religii, ale także o wszelkich światopoglądach).



A poniżej fotograficzna relacja z parku krokodyli.





poniedziałek, 14 stycznia 2013

Bejbi Blues, czyli kilka gorzkich słów o życiu.

Tytuł: Bejbi Blues
Gatunek: Dramat obyczajowy
Reżyseria i scenariusz: Katarzyna Rosłaniec

Film opowiada o siedemnastoletniej matce -Natalii, która czuje się niekochana, dlatego "produkuje" sobie dziecko. Mama jej nie kocha, chłopak też nie. Dziecko jest kimś kogo można kochać bezwarunkowo i kto również tak samo kocha. Poza tym z dzieckiem fajnie się wygląda. W ten sposób Natalia zostaje mamusią, a jej rodzicielka wymięka i po prostu ucieka. Tak oto zaczyna się dramat malutkiego Antosia. Główna bohaterka jest młoda i potrzebuje pomocy. Mimo że specjalnie i świadomie postawiła się w takiej sytuacji, jest wciąż po prostu nastolatką, która chciałaby się bawić. Spotyka ludzi, którzy jej przypominają ile tak naprawdę ma ona lat. Dziewczyna gubi się, traci kontrolę, co niesie ze sobą tragiczne skutki.

Jeżeli ktoś twierdzi że film jest idiotyczny, bo główni bohaterzy zachowują się niedorzecznie to nie powinien iść na dramaty. "Sala samobójców" też na pewno mu się nie spodobała, bo "debil się zabił". A ja was rozczaruję: TAKIE JEST ŻYCIE! Życie  jest brutalne i kręte. Jeżeli uważasz, że takie zachowania są głupie - to dobrze, masz odpowiednie priorytety, wspaniale. Niektórzy znają siebie doskonale i są pewni że wiedzieliby jak się zachowają w każdej sytuacji. Niestety są w błędzie. Nikt nie wie jakby się zachował w obliczu śmierci, choroby, gwałtu, napadu... Nikt nie wie co by czuł gdyby się dowiedział, że siostra której tak bardzo nienawidzi, umarła, bo jechała roztrzęsiona po wspólnej kłótni. Naprawdę nie wierzę, że takowa osoba cieszyłaby się nad jej grobem, choć tego się spodziewała.... ŻYCIE JEST NIEOBLICZALNE I BRUTALNE. NIE JEST KOMEDIĄ. NIE ISTNIEJĄ NIESKAZITELNE KSIĘŻNICZKI I KSIĄŻĘTA. A powyższy film ukazuje właśnie życie. Zresztą na pewno każdy słyszał, że jest to film na faktach autentycznych. Istnieją idiotki i debile. Istnieją też choroby i śmierć. A takich przypadków jak ten w filmie jest dużo więcej niż jeden. Autorka chciała otworzyć oczy tym, którzy twierdzą, że życie jest proste i łatwe, bo wcale takie nie jest. Naprawdę nie trzeba daleko szukać narkomanów i nastolatków uprawiających seks - a czy to są mądre idealne osoby? A czy ty jesteś idealny?

BEJBI BLUES - GORZKA PRAWDA O ŻYCIU


czwartek, 29 listopada 2012

Moje motta, by żyło się lżej i kilka słów o dyskryminacji.

Moi kochani. Wiele dzieje się wokół mnie. Jestem świadkiem wzlotów i upadków. Na moich oczach koleżanka trafia do domu dziecka. Gdzie indziej psuje się małżeństwo, gdzie indziej pojawia się przemoc, dyskryminacja... Życie nie jest łatwe. O nie. Moje też nie jest proste. Ale Twardowski powiedział (w wierszu "Sprawiedliwość"): "Jest noc, żeby był dzień". I własnie moi kochani po to jest też cierpienie - żeby mogło istnieć szczęście. Bo gdyby nie było bólu nie byłoby i spokoju. Z kolei Szymborka mówi (w wierszu "Nic dwa razy"): "Czemu ty się zła godzino z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś - a więc musisz minąć. Miniesz - a więc to jest piękne." Dokładnie tak. Nic nie jest trwałe i wszystko przeminie, nawet największe cierpienie. To własnie moje życiowe motta.

Na wtorkowych zajęciach o dyskryminacji obejrzeliśmy film "Niebieskoocy". Byłam zaskoczona zachowaniem mojej klasy po obejrzeniu go. W najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Taki tam reportaż, godzinna ekranizacja o projekcie Jane Elliot przeplatana krótkimi wywiadami z nią, a jednak popchnęła moja klasę do ciszy i głębokich przemyśleń, szczerości. Ktoś powiedział: "Zacząłem się zastanawiać czy sam nie traktuję tak innych", a ktoś inny: "Pierwszy raz zrozumiałam z czym tak naprawdę mam do czynienia. Oglądałam wiele filmów na ten temat, ale tylko ten naprawdę do mnie dotarł", "Jestem wstrząśnięty, czuję współczucie", "Ostatnie słowa są najważniejsze".


kolejne części:
część II
część III
część IV
część V

niedziela, 28 października 2012

Handel żywym towarem

Kolejny post z cyklu "Otwórzmy oczy!", kolejny z cyklu "pisząc przez łzy", ale warto.

Handel żywym towarem, czyli inaczej handel ludźmi, obok przemytu narkotyków i broni przynosi największe zyski. Jest rozprzestrzeniony na ogromną skalę. Wg Parlamentu Europejskiego rocznie ofiarami handlu ludźmi staje się ok. 4 mln osób.
Na wikipedii można przeczytać, że do handlu kosztem człowieka zalicza się:
  • handel dziećmi
  • handel kobietami
  • handel narządami
  • handel tanią siłą roboczą

Ja natomiast pragnę poruszyć temat handlu ludźmi (kobietami i dziećmi) w celach seksualnych. 

Po obejrzeniu filmu "Dziewczyny z przemytu" (reżyser: Christian Duguay) nie mogę się powstrzymać i muszę się tym z Wami podzielić. 
Otóż film opowiada o młodych kobietach, które zostały oszukane i zmuszone do prostytucji, a także pornografii. Grożono im, że jeżeli spróbują uciec, przeciwstawić się, zrobić cokolwiek co mogłoby zaszkodzić "szefostwu" to ucierpią ich najbliżsi. Tak, więc bite i szantażowane dziewczyny siedziały cicho w swoim pokoju i przyjmowały kilkunastu klientów na dzień, nie odzywając się ani słowem. Mężczyzna, który miał swoje burdele na całym świecie zbijał przy tym wielką kasę, a dla policji pozostawał nieuchwytny. Na swoim koncie miał też (pewnie wcale nie jeden) burdel z dziećmi. Należały do niego porwane lub kupione jedenastolatki. Wszyscy zmuszani byli do tego samego... Film jest bardzo drastyczny, dlatego polecam go obejrzeć. 

Jednak to tylko film. Bez względu na zakończenie w prawdziwym świecie to wciąż się dzieje i pewnie nigdy nie skończy. 
Przecież to jasne - taka działalność jest całkowicie nielegalna. Co więcej można zrobić? - zapytacie. Otóż można bardzo wiele. Wystarczy powstrzymać swe obleśne żądze i nie korzystać z tego typu usług. Nie ma klientów - nie ma zysków. Nie ma zysków - nie ma handlu (przynajmniej nie w takich ilościach jak do tej pory). 
Ale klienci zawsze będą, bo w końcu jedna dziewczynka wte czy wewte, jedna chwila uniesienia, o jedno wyświetlenie pornola więcej. To przecież dla nikogo nie robi różnicy, prawda? 


wtorek, 16 października 2012

Amanda Todd

1. Kim była Amanda Todd?
Amanda była nastoletnią dziewczyną nękaną w internecie. Popełniła błąd pokazując piersi jakiemuś facetowi na jednym z czatów. Następnie mężczyzna ją szantażował, by dalej się obnażała grożąc, że inaczej upubliczni zdjęcie jej piersi. Ona nie wzięła chyba tego na poważnie, bo ostatecznie w święta Bożego Narodzenia do jej drzwi zapukała policja z informacją iż jej zdjęcia zostały jednak upublicznione. Amanda popadła w depresje. Wielokrotne przeprowadzki, zmiany szkół i otoczenia nie pomagały, ponieważ sytuacja się powtarzała. Dziewczyna zaczęła pić i ćpać. Kiedy jednak z biegiem czasu wszystko zaczęło się układać, zdarzyła się okropna rzecz: uwiódł ją chłopak. Uwierzyła w jego miłość i mając lat 14 poszła z nim do łóżka, mimo iż wiedziała, że ma on dziewczynę, która po tym jak dowiedziała się o wszystkim, zorganizowała napad na Amandę. Dziewczyna pobita wylądowała w szpitalu. Jej depresja odnowiła się i pogłębiła. Amanda zaczęła się ciąć oraz próbowała się zabić poprzez wypicie wybielacza. Po wyjściu ze szpitala dziewczyna nagrała filmik (zamieszczony poniżej), w którym podzieliła się z widzami swoją historią. Niestety spotkała się z bardzo przykrymi komentarzami, typu: "Na następny raz weź wybielacz innej firmy. Może zadziała."
10 października obecnego roku (czyli 6 dni temu) Amanda Todd, mająca już lat 15 ostatecznie popełniła samobójstwo.

2. Kim Amanda Todd powinna być teraz?
Dziś Amanda i jej dramatyczna historia powinny być dla nas nauczką i przestrogą. Po pierwsze chodzi o to by nie popełniać błędów takich ja Amanda, bo choć internet wydaje się bezpiecznie wielki, to tak naprawdę  ma też niebezpiecznie ogromny zasięg. Po drugie chodzi o to by nie popełniać takich błędów jak wrogowie i prześladowcy tej dziewczyny. Amanda odeszła, straciła życia, miejmy nadzieję, że jest w lepszym świecie, a reszta została. Mężczyzna, od którego wszystko się zaczęło, chłopak, jej napastnicy, fałszywi przyjaciele i znajomi i również ci co wypisywali te komentarze. Oni do końca życia zostaną z myślą, że w pewnym stopniu to oni zabili młodą dziewczynę. I dobrze.
Niech historia Amandy dla wszystkich powyższych osób będzie nauczką, a dla osób narazie wolnych od tego typu spraw - ostrzeżeniem.


środa, 26 września 2012

Dzielnica Czerwonych Latarni

Pisząc przez łzy.

Życie jest tak bardzo okrutne. Gdy my malujemy paznokcie, siedzimy u fryzjera, obżeramy się tłustymi stekami, homarami, lodami, małżami, ciastami i innymi wymysłami gdzieś na świecie ktoś walczy o życie.
Gdy naszym największym problemem jest zdecydować się na dobrą lub lepszą szkołę, gdzieś ktoś nie może dostać się do żadnej dlatego, że pochodzi z przestępczej dzielnicy, rodziny.

Dzielnica Czerwonych Latarni - jeden wielki burdel w Kalkucie - "tu wszystko jest nielegalne".

Wstrząsający oscarowy dokument o dzieciach z dzielnicy biedy i brudu. „Przeznaczone do Burdelu”.

Na Youtube ten oto reportaż jest w 8 częściach. 7 - dziesięciominutowych i 1 - trzyminutowaW sumie film trwa ponad godzinę. Poniżej wrzucę pierwszą cześć tego dokumentu, następne są w propozycjach do obejrzenia, więc raczej umieszczanie ich wszystkich tutaj jest zbędne. Na wszelki wypadek dodam jednak linki do tych filmów.

CZĘŚĆ II
CZĘŚĆ III
CZĘŚĆ IV
CZĘŚĆ V
CZĘŚĆ VI
CZĘŚĆ VII
CZĘŚĆ VIII

środa, 11 stycznia 2012

Lobotomia

Czy wiecie na czym polegał zabieg lobotomii?

Otóż był to taki zabieg który miał leczyć z wszelakich chorób psychicznych, nałogów itp...
A polegał na wbiciu wielkiego szpikulca do rozbijania lodu pod powieką do mózgu (nie uszkadzając przy tym oka) i tym szpikulcem się mieszało w mózgu. W ten sposób zrywało się połączenie płata czołowego z resztą mózgu i człowiek stawał się warzywkiem, tzn jakoś tam funkcjonował, ale był pozbawiony jakichkolwiek uczuć i emocji, marzeń ... Bo za to właśnie odpowiedzialny jest płat czołowy. Za myśli.

Zabieg ten robiło się przytomnemu człowiekowi, wcześniej stosowało się elektrowstrząsy, które jedynie otumaniały pacjenta.

Poza tym było wiele, wiele przypadków śmiertelnych, ale gazety rozpisywały się jaki to skuteczny jest ten zabieg, a lekarz robiący go był traktowany jak bóg. Otrzymywał oklaski, a pewnego dnia dostał nawet Nagrodę Nobla, a tym czasem zabijał ludzi! Lub pozbawiał ich umiejętności myślenia. Koszmar?

Na szczęście obecnie jest to zabronione.

Facet robił mnóstwo takich zabiegów za jakieś 15 dolarów, o ile dobrze pamiętam.
Najsłynniejszy lekarz robiący ten zabieg miał ok 3% przypadków śmiertelnych. Brzmi niewiele. Ale po przeliczeniu tego wychodziłoby ok 100 kilku osób, co czyni go największym seryjnym mordercą wszech czasów, gdyby nie to że robił to zgodnie z prawem i oczywiście "dla dobra ludzkości"!

Przykładowo:
Był pewien polityk i miał młodą 23 letnią córkę. Zapewne była to śliczna młodziutka studentka. Uznał on jednak że córka za bardzo interesuje się chłopakami i jest podatna na depresje. Postanowił "wyleczyć ją". No i wybrał zabieg lobotomii, a potem miał już idealną córkę... która robiła pod siebie i śliniła się. Pozbawiona jakichkolwiek uczuć nie przeszkadzała ojcu w karierze i rozgłosie.

Przerażające prawda?
To tylko moje krótkie, nie precyzyjne streszczenie artykułu o lobotomii z gazety "Nesweek". Zapraszam do zapoznania się z tym artykułem w jego całkowitej okazałości.
http://m.newsweek.pl/historia,rozpruwacze-ludzkich-mozgow,84685,1,1.html